Wędkarstwo Morskie

morskie opowieści dla lądowych szczurów

Oferta czarteru łodzi morskiej na wyprawy wędkarskie.
Wędkarska łódź aluminiowa 21-stopowa, wersja dla czterech lub sześciu osób.

łódź wędkarska

łódź wędkarska

Wyposażenie:
chartploter,
echosonda wędkarska
VHF
silnik 100KM

konieczne uprawnienia starszego sternika motorowodnego.

Cena:
100zł/godz
1000zł cały dzień

rezerwacje

tel: 660 991 001

email: office@friendshipyard.com

Nie mam Morświna i z Admirała, -kiszka. Inne łodzie też porażka. 30 metrów długości, przedziały
amunicyjne, lodówka na 100 dni dla załogi 30 -osobowej i to paskudne działo …Sam bosman, ktory mnie
oprowadza, mówi o jego skuteczności. I tak zostałem z ręką w nocniku…a potem Koszalin. Łódż
ratunkowa- wyglądało to tak jak toy toy na morzu …..BOŻE! CO JA JESTEM WINIEN ,ŻE TAKI JESTEM.

Marek

Nasze wspólne rozmowy (a trwały nie raz do rana), nic nie wniosły do konsolidacji
wspólnych sił aż zal… SŁAW BUDUJ. WIECHU IMPORT Z CZECH .A JA MOŻE POLSKA. 

I Tak jak w naszym parlamencie -drogi nasze poszły w innych kierunkach.
Więc do dzieła , na przetargu Marynarki Wojennej jest kuter (wygląda jak morświn),
Pierwszy przetarg -ikt nie kupuje, choć juz mnie rece świerzbią, drugi przetarg -chyba będę sam ….
I tu los płata mi figla po oględzinach kolejnych morswina jest przetarg na ADMIRAŁA.
Podnoszę sobie i rodzinie poprzeczkę wyżej z myślą ,że na drugim przetargu jest mój …..
I teraz mały kopniak -MOJEGO ADMIRALA KTOS KUPIŁ – TO CZORT NIE CZŁOWIEK.
ciąg dalszy 11 03.20011

Marek

 

 

Mam na imię Marek jak sami czytaliscie pływałem ze Sławem kiedy jeszcze wielu z bratctwa
szanujących się wędkarzy widziało dorsza w atlasie ryb polskich. Sław wpadł na pomysł żeby
zorganizować stronę opisującą wyprawy morskie, nie tylko pod względem złowionych ryb, ale też opisujących wyprawy i klimat na łodzi, zachowanie wędkarzy i wrażeń na morza, a mówimy o roku 2005-2006 I tu kilka wypraw z których mamy przyjacół do dziś.
Sama wiadomość o facetach ze stron internetowych kilku szyprów poraliżowało… 

Nasze rozmowy po opisanych wyprawach niestety kierowały nas w jedną stronę.

A było to tak….
BYŁO NAS TRZECH A W KAŻDYM Z NAS INNA KREW -Będziemy pływać
Jeżeli ktoś to przeczyta obiecuję ze 1.03.tego roku będzie dalszy ciąg.

Marek
pict-010

Wystartowała nowa wersja strony. Mam nadzieję,  będzie lepsza od poprzedniej. Na razie jesteśmy na szarym końcu, ale powoli będziemy piąć się w górę.

10 marca 2006 Marek popłynął sam. Relacja i zdjęcia wkrótce.

24 lutego 2006 -ryby biorą jakby pilkery były ich najlepszym przysmakiem.  Byli z nami koledzy z Niemiec. Trafiliśmy na wielkie ryby… Pozdrowienia dla Wacka, Leszka i Jurka z Monachium oraz Andrzeja z Hanau.

canon-087

Picture 1 of 30

canon-001 Bardzo długo czekaliśmy na ten dzień. Od naszej ostatniej wyprawy w listopadzie upłynęło wiele tygodni. Najpierw gorączkowy okres świąt, potem koniec roku, w styczniu przeszkodziła sztormowa pogoda i trochę jednak wystraszyły nas 20st mrozy. Kiedy przeglądałem sprzęt poprzedniego dnia wieczorem, byłem zdziwiony ile zdążyłem nazbierać tych zabawek. Patrzyłem na pilkery i zdałem sobie sprawę, że z każdym z nich mam pewne skojarzenia. Ten się ciągle plącze z linką przy opadaniu na dno, inny super szybko ląduje na dnie, a jeszcze inny chyba przestraszył wszystkie ryby na jakimś łowisku. Wszyscy łowili a ja nie…
Nie miałem dobrych przeczuć jeśli chodzi o tę wyprawę. Umawiał nas mój przyjaciel i wierny towarzysz na wszystkie wędkarskie wyprawy -Marek. Znalazł tylko jedną jednostkę, która wychodziła z Władysławowa w piątek. „Nereida” jest jedną z jednostek armatora Leszka Wiśniewskiego. Widziałem ją niejednokrotnie podczas innych wypraw. Zawsze patrzyłem z pewnym powątpiewaniem na jej niskie burty. Poziom pokładu na odcinku od śródokręcia do rufy może nieznacznie przekracza pół metra nad poziom wody. Kiedyś wychodziliśmy w morze podczas trochę gorszej pogody i aż szkoda było mi wędkarzy na tej jednostce. Na pewno nie będzie tam zbyt przytulnie.
Na miejscu stawiliśmy się trochę w ostatniej chwili. Nasze ulubione miejsca na dziobie i rufie były już zajęte. Ulokowaliśmy się na lewej burcie w pobliżu rufy. Długo ciągnące się minuty odprawy paszportowej w rejsie krajowym powodowały u mnie irytację. Patrzyłem na trałowce wychodzące w morze, na powierzchnię wody w której unosiła się warstwa drobno kruszonego lodu. Wreszcie oddajemy cumy i w morze. Za główkami portu morze powitało nas wyjątkowo spokojnie. Słaba poranna bryza, stan morza 1. Piękna pogoda jak na luty…
Droga na łowisko trwała dobre dwie godziny. Zdążyliśmy przez ten czas dobrze poznać naszą jednostkę. W jej środkowej części tuż za sterówką znajduje się obszerne pomieszczenie dla wędkarzy. W dużych termosach stoi gorąca kawa i herbata. z tyłu pomieszczenia schodki w dół prowadzą do całkiem sporego kambuza. W pomieszczeniu wyjątkowo ciepło i przytulnie. Zebrało się tam sporo osób. Ja wolałem patrzeć na horyzont, oddalający się brzeg, przyglądałem się zewnętrznemu wyposażeniu łodzi. A było tego sporo. Dwie anteny na pasmo 2m, krótka rura Navtex’a, radar, antena GPS i wiele innych, których nawet nie znam.
Podczas odprawy zauważyłem obco brzmiące nazwiska i paszporty jakieś nie nasze. Obcokrajowcami okazali się Czesi. Ludzie wyjątkowo pogodni i dobrze nastawieni do każdego przedsięwzięcia. Aby ich zapamiętać pytam o imiona i skąd przyjechali. Iżik, Josef i Pepa z Pardubic w Czechach. Jechali piętnaście godzin na polskie wybrzeże. Patrzyliśmy z Markiem z niedowierzaniem. Tak byliśmy z siebie dumni. Wśród naszych znajomych uchodzimy trochę za szaleńców, którzy w grudniu, styczniu czy lutym wybierają się na morze, na ryby. Tym razem nawet nie pytaliśmy naszych przyjaciół, czy któryś nie chce popłynąć. Już w listopadzie pukali się w głowy i odpowiadali: -a za jakie grzechy miałbym tam marznąć? Nie pomagały argumenty że na morzu jest cieplej niż na lądzie. Tak więc w środowisku uchodzimy za szalonych, morskich twardzieli. A tu proszę… są i bardziej twardzi i bardziej szaleni…
Czesi byli tu pierwszy raz. Dopytywali się o szczegóły techniki połowu. Ich doświadczenia kończyły się na wędkowaniu w kraju i latem w Chorwacji.
Diesel obniżył swoje obroty, Nereida zwolniła, szyper powoli ustawiał łódź na łowisku. Wreszcie pojedynczy sygnał, pilkery w wodzie. Mija kilka ładnych chwil gdy przynęta osiąga dno. Ok 60m głębokości… Mija jeszcze kilka sekund i uderzenie… Pierwszy w tym roku dorsz mocno walczy. Mój ulubiony kij wygina się jakbym ciągnął u-bota. Ale z doświadczenia wiem, że ryba nie jest duża. Po chwili idzie jeszcze bardziej opornie. Zaczep? chyba nie, bo powoli idzie. Holowanie z tej głębokości wymaga sporo krzepy. Wreszcie jest. i to dublet… Jeden ma pewnie trochę ponad kilogram, drugi podobny. Patrzę po pokładzie, większość coś holuje. Zanim rzucam drugi raz dwa sygnały. Szyper robi nawrót. Kuter zdążył już zdryfować z naszej pozycji. I tu niespodzianka. Nereida ustawia się na łowisku zawsze prawą burtą do wiatru. Dla wędkarza na nawietrznej prawej burcie to bardzo wygodne. Pilker wyrzuca się za burtę tuż przy burcie. Gdy jest na dnie oddala się od łodzi, na przeciwnej zawietrznej burcie zarzucam daleko. Zanim opadnie na dno jest już pod nami a po kilku chwilach muszę go podciągać by nie splątał się z linkami kolegów z przeciwnej strony. Marek komentuje to jednoznacznie: -jesteśmy jedyni w tak złej pozycji, ja natomiast widzę dobre strony tej sytuacji. Choć trudniej, ryby łapiemy…, a schowani za nadbudówką po zawietrznej mamy najspokojniej i najcieplej. Kilka podejść i nasza skrzynka na ryby zapełnia się. Zaczynam dostrzegać kunszt szypra. Jest precyzyjny i doskonale wie gdzie jest. Zmieniamy łowisko, sytuacja się powtarza, wszyscy łowią, choć nie są to duże sztuki to ryba jest. Na twarzach czechów widać zadowolenie i radość. Moje nieprzyzwyczajone ręce czują pierwsze zmęczenie… a godzina bardzo wczesna. Trochę zmęczony pytam przechodzącego szypra czy będą jeszcze ryby… Patrzy na mnie i nerwowo rzuca odpowiedź, jakbym go co najmniej obraził. Poczułem się nieswojo… Nic mu nie zrobiłem. Pomyślałem: nieokrzesany człowiek morza… Niech mu będzie, skoro taki ma sposób bycia. Choć jestem jego gościem, klientem, płacę za miłą atmosferę nie muszę z nim płynąc po raz drugi… Pewnie tego nie zrobię.
Po kilku chwilach zreflektował się jednak, podszedł do mnie i mówi że on tu jest u siebie i po to zabrał nas na ryby żebyśmy je łapali. Zadałem głupie pytanie otrzymałem równie głupią odpowiedź. Przyznałem mu rację. Dla niego to było oczywiste, że ryby będą…
Zaprosił mnie do sterówki rozmawialiśmy o współczesnej nawigacji, łączności. To bardzo przytulne miejsce pracy. Doskonałe wyposażenie nawigacyjne i łączności. Echosonda, radary bliskiego i dalekiego zasięgu, radio VHF Sailor, notebook z programem nawigacyjnym, wskaźniki siły wiatru na burtach i … telefon stacjonarny TPSA! Nawet z podłączonym faksem…, Internet!!! oparty na GPRS… Takie czasy… Jest dosłownie wszystko, co oferuje współczesna technika. Nie widziałem jeszcze tak wyposażonego kutra.
Podchodzimy na nowe łowisko. Idę na moje stanowisko. Pilker do wody, bardzo głęboko, czekam długo aż osiągnie dno, znowu uderzenie, tym razem mocno czuję rybę, to nie zmęczenie, jest po prostu większa. Obiecuję sobie następnym razem zabrać sztywniejszy kij. Ten jest super, ale do dużych sztuk wygina się cały zamiast ciągnąć zdobycz. Podobnie kołowrotek. Używam  największego Sailera firmy SPRO ze stałą szpulą. Mocna aluminiowa konstrukcja, ale widzę jak pod obciążeniem plecionki trzpień szpuli wygina się na boki. Gdyby była trochę większa pewnie bym go zniszczył. Następnym razem koniecznie zabiorę multiplikator i to solidny.
Szyper informuje nas że płyniemy na zatopiony wrak. Oznacza to że musimy się przezbroić. Najlepiej zdjąć przywieszki, założyć stary i niedrogi pilker, bo raczej się go straci. Szyper manewruje kutrem kilka metrów powyżej wraku. („Powyżej” nie oznacza pionowej wysokości tylko pozycję poziomą oddaloną w kierunku wiatru o kilka kilkanaście metrów.) Wymaga to ogromnego kunsztu w manewrowaniu. Musi znać z doświadczenia szybkość dryfu przy istniejącym wietrze, czas opadania przynęt na dno, Czym dokładniej zsynchronizuje te czynniki tym lepiej dla wędkarzy. Wychodzi na naszą zawietrzną burtę i podpowiada by nie zarzucać dalej niż na dziesięć metrów. Stosuję się do jego rad. Mija chwila i potężne uderzenie… To samo u Marka na prawo ode mnie, To prawdziwa próba dla mojego sprzętu. Marek już ma jakieś kłopoty ze swoim kołowrotkiem. Nie wytrzymuje bolec od korby… Wysuwa się z otworu w korbie… Ma trudności z obracaniem… Młotek od bosmana, reling i szybki remont nowego sprzętu… Ma nadzieję, że pomoże. Koledzy wciągają pierwsze okazy… Osiem kilo…, 6 kilo, Szyper daje sygnał by nie rzucać ponownie, bo to nie ma sensu. Od wraka jesteśmy już daleko. Ponownie wykonuje ten sam manewr co wcześniej. Sygnał i pilkery w dół… Mija chwila i mam już rybę, już sam nie wiem, czy jest duża, czy tylko siły mam coraz mniej… Marka kołowrotek znowu się poddaje. Zwija wszystko i zmienia na multiplikator. Przy kolejnym podejściu jego dziewiczy kołowrotek ABU przechodzi chrzest. Jest ryba ale ciągnie się ją wyjątkowo opornie. Marek zauważa że ramię korby jest trochę krótkie i mimo dużego przełożenia wymaga to sporo siły. Na przeciwnej burcie zgromadzenie. Kolega z Kłodzka ciągnie kabel telefoniczny łączący Polskę i Szwecję, albo łódź podwodną… a może tylko czyjąś sieć z rybami… Po kilku chwilach na powierzchnie wypływa dorsz… Jest naprawdę spory. Po wciągnięciu na pokład waga oscyluje między 10 a 10,5kg to dzisiejszy rekord. Mówię oscyluje bo wagi sprężynowe na ruchomym pokładzie przy pomiarach z ręki wykazują tendencję do falowania wartości ale nawet 10kg to prawdziwy okaz. Słyszę trzy sygnały…, wracamy do portu. Ponad dwie godziny drogi z powrotem pozwala ujść zmęczeniu. Czuję wykonaną pracę w mięśniach kręgosłupa, ramionach, rękach. Nawet uda jakieś obolałe. Już wiem jakie zakwasy będę miał na drugi dzień.
Składam sprzęt i wymieniam wrażenia z czechami. Jacyś oni tacy zmordowani. Irzik jakiś strasznie blado-zielony. W drodze powrotnej kilka razy wisi na relingu. Choroba morska daje mu się we znaki ale w przerwach międzychorobowych jest wyjątkowo wesoły.
Oznajmia jednak, że jutro nie płynie… ma dosyć. Pewnie jutro nikt nie popłynie. Prognoza zapowiada zwiększenie siły wiatru.
Powoli zapada zmrok gdy wpływamy w główki portu. Pod nabrzeże podprowadzam naszego Patrola. Za dużo tego do noszenia. Żegnamy się z Czechami, wymieniamy adresy, przyszedł nawet szyper Grzegorz. Zmieniam zdanie… może i trochę porywczy ale jednak przyjacielski i co najważniejsze wspaniały fachowiec. Z nim warto zabrać się na ryby. Wrażenia zapewnione.
Do następnego razu.
Sławek

Poważnie zastanawiamy się czy pogoda jest na pewno właściwa. Staszek już poprzedniego dnia wycofał się z wyjazdu. Zostało nas trzech.

A tu o…, zima… Dziesięć minut później pierwszy poważny poślizg ciężkiego Mercedesa na nie odśnieżonej obwodnicy. A dwadzieścia minut później telefon od Darka (armator WŁA-44) z Władysławowa. -Na morzu dalej sztorm, nikt nie wychodzi. Nic na to nie wskazywało. Prognozy były bardzo obiecujące. Wiatr był nawet niezbyt silny, ale morze nie uspokoiło się od wczoraj. Wracaliśmy trochę smutni. Ot wycieczka o świcie do Rumii i z powrotem. Bywa i tak. Nie wyobrażamy sobie jechać gdzieś z daleka… Dopiero byłoby smutno.